Pozo

0
  • Pozo

  • dodano: 2009-03-23 16:09:01
  • Przeciętnemu typowi-turyście Gran Canaria będzie (zresztą tak jak inne wyspy kanaryjskie) kojarzyła się głównie z hotelami i kurortami dla bogatych Niemców i podstarzałych Japończyków. To jest prawda. Jednak, tak jak większość z tych wysp, tak i ta ma swoje drugie oblicze, doskonale znane każdemu kto ma choć trochę wspólnego z pływaniem na surfingu bądź windsurfingu.


    Na tej wyspie która też ma drugie oblicze (Gran Canaria jakby już ktoś zapomniał), to na niej się znajduje taka miejscowość która się nazywa Pozo Izoquierdo (a może Izquierdo? To chyba nie takie ważne, liczy się pierwszy człon tak naprawdę). Ta miejscowość, jest straszną dziurą, przypominającą trochę takie ursynowskie blokowisko, tylko niebo jest bardziej szare i jest cieplej. Poza kilkoma sklepikami i barami nie ma w niej nic specjalnie godnego uwagi. No, może poza jedną rzeczą, to znaczy pomnikami surferów w centrum miasta i nad samą „plażą”. Plaża jest w cudzysłowie bo ona nie specjalnie plażę przypomina.


    Po dojściu na spot naszym oczom ukazuje się ciekawy widok. Widzimy że właściwie cała zatoczka otoczona jest czymś co odrobinę przypomina amfiteatr. Wygląda to trochę jak bardzo duże, strome stopnie które idealnie nadają się do tego żeby na nich usiąść. Po lewej stronie ta „widownia” zakończona jest drewnianą pochylnią po której co chwila, w górę lub w dół, przechodzi ktoś niosąc otaklowany sprzęt. Zaraz poniżej tychże stopni zaczyna się wspomniana już, krótka i wąska „plaża”. Tworzą ją tylko i wyłącznie wielkie, okrągłe głazulce które przesuwają się gwałtownie pod każdą nadchodzącą falą. Warto zauważyć że tych fal jest raczej dużo i są raczej duże. Jak widać zejście na wodę nie jest specjalnie ułatwione.
    Kiedy już uda się nam zejść na wodę nie kalecząc sobie stóp i nie niszcząc sprzętu też wcale nie jest malinowo. Przeważnie (latem) wiatr jest tak silny że na stałym lądzie ludzie nazwaliby go huraganem i ogłosiliby stan klęski żywiołowej. Falę najlepiej określa słowo „choppy”, tyle że to „choppy” to jest bardzo duże „choppy”. Czasami jednak przychodzi regularna fala oceaniczna i wtedy jest jeszcze więcej zabawy. W normalnych warunkach po półgodzinnej sesji jesteśmy tak zmasakrowani że ledwo jesteśmy w stanie wyjść na brzeg (wyjście wcale nie jest łatwiejsze niż wejście).
    Zimą, podobno, warunki są trochę inne. Wiatr słabnie a czasami w ogóle znika, za to często przychodzi długa, ładna fala dobra na surfing i body board.


    Może się wydawać że to całe pozo to ostatnie miejsce gdzie należy się wybrać, ale nie do końca tak jest. Ma ono kilka niepodważalnych zalet o których warto pamiętać. Po pierwsze jeżeli jesteśmy dobrze przygotowani fizycznie, trening w takich warunkach (zarówno freestyle jak i wave) daję naprawdę bardzo dużo. Do schodzenia na wodę też można się po chwili przyzwyczaić. Drugą fajną cechą tego miejsca jest fakt że na wodzie co dzień obcuje się co najmniej z kilkoma prosami, i jeżeli nawet nic się nie nauczymy oglądając ich podczas pływania to przynajmniej można nacieszyć oczy.

« powrót

Komentarze (0)

  • Logowanie :

  • Nie masz konta ? ZAREJESTRUJ SIĘ

Funbox

Nowi na SOD

Nowe Zdjecia

Nowe reportaże

  • WinDiss Jump 2010

  • Dopiero ok. godziny 15. mocniejsze podmuchy skłoniły nas do szybkiej decyzji: startujemy! Po krótkiej rozgrzewce na żaglach 4,5 –5,3, przeprowadziliśmy skippersmeeting...

  • więcej »
  • Rusty Rumble in da Hel 2010

  • Trzecia edycja zgromadziła na plaży kilkadziesiąt osób z czego 21 z nich pływało i szkoliło się na surfingu i bodyboardingu.

  • więcej »